Pierwszy Polski C-130 24.03.2009r.

Pierwszy Polski C-130 E Herkules. Marzec 2009r.
Artykuł i zdjęcia pana Piotra Łysakowskiego.

Ze dwa tygodnie temu krótkie pytanie - lecisz? Co można na takie pytanie odpowiedzieć? - Jasne! Potem niepewność niemal do ostatniego dnia, a nawet raczej pewność, że nic z tego nie wyjdzie. A tu niespodzianka. W niedzielę wieczorem dojechaliśmy do Ramstein. Mała mieścinka tuż pod granicą francuską a obok niej gigantyczna baza Ramstein AFB. Wystarczy powiedzieć, że służy w niej ok. 50.000 ludzi. Spore miasto. Hotel mamy poza bazą, 20 minut marszu do bramy głównej. Z ogródka przed naszym oknem można by spokojnie prowadzić spotting. Jesteśmy bardzo blisko progu pasa startowego, w powietrze co rusz wzbijają się C-130 różnych wersji, C-17 i C-5. Gdyby jeszcze były myśliwce... Idziemy spać po degustacji lokalnych piw. Rano meldujemy się na bramie Ramstein AFB. Oczekuje nas tam rzecznik prasowy Bazy Capt. John W. Ross. Młody, ciągle uśmiechnięty oficer w najnowszym polowym (pixelowym) mundurze US Army. Niezły ciuch. Robimy przepustki, wkładamy w paszporty (Baza jest terenem amerykańskim, wjazd załatwiany był przez ambasadę amerykańską) i jedziemy. Baza to dobrze zorganizowane miasto. Z całą potrzebną infrastrukturą, własną policją drogową, strażą pożarną, pogotowiem, kinami, teatrem, barami, własną gazetą, telewizją i radiem. Obowiązującą walutą jest $. Euro można sobie jedynie pooglądać.
Dowiadujemy się, że cel naszej podróży już stoi na płycie postojowej. Przyleciał w nocy, załoga odsypia podróż. Jedziemy na płytę. Tu daje o sobie znać niezwykły w naszych warunkach formalizm i porządek. Możemy naszego Herculesa pooglądać. Sprawa fotografowania jest właśnie wyjaśniana. Pierwsze wrażenia - nie wygląda na leciwą maszynę. Lifting naprawdę gruntowny, zwłaszcza, gdy porównujemy go z innymi C-130 E stojącymi obok. Prezentuje się dumnie w kolorze stosowanym raczej na C-17 niż Herculesach, szkoda, że szachownice ciągle zakryte.
W oczekiwaniu na decyzję o fotografowaniu naszego pierwszego jedziemy na inną płytę postojową. Tu możemy fotografować do woli. Na płycie kilkanaście Herculesów, widać na nich ząb czasu, można się jedynie domyślać ile historii za nimi stoi. Pewnie można je prześledzić po numerach. Pośród licznych wersji E stoi rodzynek. Najnowszy Hercules C-130 J, łatwo rozpoznawalny po 6 łopatowych śmigłach. Wieje lodowaty wiatr, na chwilę chronimy się we wnętrzu poczciwej maszyny. Oglądamy kabinę pilotów, ładownię. Widać, że sprzęt wysłużony. Ale ciągle gotowy do nowych zadań.









Zmarzliśmy na kość. Wiosna i tu jeszcze nie zawitała. Jedziemy rozgrzać się amerykańską kawą. Jej walory pominę dyplomatycznym milczeniem Miłe chwile w jednej z bazowych kawiarń w towarzystwie rzecznika i wojskowej reporterki bazowej gazety i strony www. Ujmuje nas życzliwość i różne przyjazne gesty wszystkich spotkanych żołnierzy. Właściwie od szeregowych po wyższych rangą oficerów nikt nie mija nas bez jakiegoś pozdrowienia, uśmiechu, pytania czy można w czymś pomóc. Wojskowi prężą się dumnie, salutują zamaszyście, jak na filmach. Wszyscy regulaminowo wystrzyżeni, regulaminowo odziani. Jednym słowem - wojsko. W końcu oczekiwane spotkanie z Polską załogą. Z grubsza wypoczęci, zadowoleni z odbytego lotu przez Atlantyk. Wszystko poszło sprawnie, maszyna spisała się na medal. Dowódca ppłk. Mieczysław Gaudyn promieniujący uśmiechem opowiada o walorach naszego Herculesa. Opuszczamy budynek i idziemy na upragnioną sesję fotograficzną przy naszym "ptaszku". Tym razem możemy mu się dokładnie przyjrzeć i obfotografować. W tym samym czasie załoga dokonuje niezbędnych przeglądów... i pozuje do zdjęcia.
Od lewej: inżynier pokładowy sierż. Andrzej Kozera, II pilot kpt. Krzysztof Szymaniec, dowódca ppłk. Mieczysław Gaudyn, loadmaster chor. Mateusz Rybus. Do zdjęcia nie palił się nawigator por. Łukasz Chwiejczak



Po wyczerpującej sesji - mroźny wiatr co chwila coś przewracał - jeszcze krótki rzut obiektywem po Bazie. Duże wrażenie robi bazowy ruch. Nic dziwnego, w końcu to największa amerykańska baza w Europie. Centrum przeładunkowe wojsk i sprzętu udającego się z i do Iraku i Afganistanu. Stąd co chwila lądujące i startujące C-5 i C-17 i wyczarterowane szerokokadłubowe "pasażery". Poniżej kilka ujęć przedstawiających wymienione sprzęty. Niestety na specjalne sesje zdjęciowe poświęcone innym niż Herculesy maszynom nie było zgody. Zdjęcia jedynie z dużych odległości.









Jedziemy do Hotelu. W miasteczku poza bazą również unosi się amerykański klimacik. Salony samochodowe oferują BMW z wetkniętą amerykańską flagą, budki z hot-dogami zapewniają na reklamach, że hot-dogi takie jak w Nowym Jorku. Siadamy w chińskiej restauracji, przewijają się przez nią sami amerykańscy żołnierze. W naszym hotelu również nie brakuje pixelowych mundurów. Idziemy spać. Rano o 7.00 mamy się zameldować na bramie.
Wtorek, wstajemy o 6.00, prysznic, szybkie śniadanko i do Bazy. Pod bramą czeka już na nas rzecznik capt. John W. Ross. Jedziemy prosto do naszego Herculesa. Pogoda niezła, wiatr znacznie osłabł, jedynie przenikliwe zimno daje się we znaki. Po chwili pojawia się nasza załoga i załoga amerykańskich instruktorów. Oni również zapakują się na pokład. Lecą na kilka miesięcy do Powidza, będą dalej szkolić Polskie załogi już na miejscu, na podobnych zasadach na jakich Amerykanie pozostają w Krzesinach i Łasku. Zanim jednak wzbijemy się w powietrze spędzamy kilka godzin na płycie. Zmarzliśmy na kość. W tym czasie trwa ostatni przegląd, załadunek i... niezwykle poruszające odkrywanie Polskiej Szachownicy na prawym skrzydle C-130. Podobnie jak w przypadku efów, samolot ciągle należy do USAF, więc o locie w pełnym Polskim oznaczeniu nie mam mowy. Jedynie taki kompromis. Przed odlotem odwiedza nas jeszcze przebywający w Ramstein Polski generał pilot Sławomir Kałuziński. Miłe i serdeczne spotkanie. Wspólne zdjęcie i... w górę!





Pakujemy się do środka. Miejsca niewiele, w ładowni, zaraz za kabiną pilotów do której wchodzi się po schodkach, pierwszy pakunek - zapasowy silnik. Da się przejść bokami po obu jego stronach, tam też znajdujemy sobie miejsca do siedzenia, na prawej "burcie", każdy przy swoim okienku. Dale, mniej więcej na środku ładowni olbrzymia paleta z mnóstwem paczek, za nią bagaże załóg, na końcu, oparte o rampę zapasowe śmigło. W środku klimatyczny półmroczek. Przy suficie, pomiędzy zwojami rur i kabli małe punktowe światełka. Do tego cudowny zapach nafty Podobno Hercules pachnie specyficznie, każdego Herculesa można poznać po zapachu. Tak mówił płk. Gaudyn. Przekonujemy się, że jest tak rzeczywiście.
Następuje rozruch silników, nie da się już rozmawiać. Od amerykańskiego operatora załadunku dostajemy stopery. Inne życie. Ruszamy powoli, samolot pięknie buczy, kołujemy na start obok wielkich C-17 i C-5. Ustawiamy się na końcu pasa i po krótkim rozbiegu jesteśmy tam, gdzie zwykle kierujemy nasze spojrzenia. Cudnie. Wznosimy się nad naszym hotelem. Po chwili jesteśmy nad chmurami. Właściwie krótko po oderwaniu się od ziemi możemy odpiąć pasy i zaczynamy kręcić się po samolocie.





Po wejściu na właściwy pułap załoga zaprosiła nas do kokpitu. Wchodziliśmy tam pojedynczo, każdy na pewien czas. Spędziłem tam dobre 20 minut. Wrażenia - łatwo sobie wyobrazić. Czad. Tu dopiero widać jak fantastycznym rozwiązaniem jest duże przeszklenie kabiny pilotów. Mnóstwo światła i widoki jak z najlepszych snów. Za sterami dwóch pilotów - ppłk. Mieczysław Gaudyn, nasz dowódca i na drugim fotelu Amerykanin. Pomiędzy nimi, za fotelami pilotów nieco wyżej siedzi inżynier pokładowy, jeszcze za nim, przy prawej ścianie nawigator. Na tylnej ścianie kabiny piętrowe łóżko - pewnie przydatne przy długich lotach.





Tymczasem w ładowni wesoło. Nie o wszystkim da się opowiedzieć :)
Minęła już ponad godzina podróży, zaczynamy powoli wyglądać naszych efów. Obniżyliśmy lot. Widać zaśnieżone pola i lasy. Pogoda nie rozpieszcza.



Już wcześniej zdaliśmy sobie sprawę, że o dobrych ujęciach efów możemy zapomnieć. Grube, warstwowe szyby w okienkach ładowni swą czystą przejrzystość zgubiły dawno temu. Po obniżeniu lotu doszło jeszcze zaparowanie. Żeby tego było mało efy pojawiły się tuż przed lądowaniem, gdy wchodziliśmy z jednej śnieżnej chmury w drugą. Stąd fotki marne. Ale za to wrażenia w pełni rekompensowały ten niedostatek.







Efy towarzyszyły nam do wejścia na prostą podejścia i w pierwszym przejściu nad pasem.
Tu spodziewałem się raczej, że ze względu na szalejącą pogodę będziemy szybko i spokojnie siadać. Nic bardziej mylnego. Hercules pokazał, że nie jest zwykłą ciężarówką. Pewnie wielu z Was widziało to z płyty lotniska. Brak mi słów by oddać wrażenia z wewnątrz samolotu, zwłaszcza z ostrych zakrętów. To było fantastyczne.





Usiedliśmy mięciutko, choć ze sporą prędkością. Potem kołowanie... i długie oczekiwanie w samolocie na dobry moment do wyjścia. 900 km dzielące Powidz od Ramstein przebyliśmy w ok. 2 godziny. Dalej to już wszystko wiecie.



Mamy teraz pierwszego Polskiego Herculesa. Czekamy jeszcze na cztery kolejne. To szczególna maszyna. 50 lat służby na całym świecie stawia ją w wyjątkowym miejscu historii lotnictwa. Oby i nam C-130 E szczęśliwie służył przez długie lata. Ku chwale Ojczyzny!
Serdeczne podziękowania składamy na ręce ppłk. Mieczysława Gaudyna, dowódcy 14. Eskadry Lotnictwa Transportowego w Powidzu, całej załogi oraz wszystkich "dobrych duchów" w Dowództwie Sił Powietrznych, 2 Skrzydle Lotnictwa Taktycznego i 31 Bazie Lotnictwa Taktycznego za możliwość uczestnictwa w tych pięknych, historycznych chwilach.

Piotr "Bzik" Łysakowski